…śpiewał zespół Chaka Khan do scen z niezapomnianego Dziennika Bridget Jones. Często słucham.
Ostatnio słuchałam akurat, gdy odkryłam mole spożywcze w ogromnym pudle na klocki naszego najmłodszego synka, z którego korzystamy co dzień. Nie docieramy jednak do dna, a na nim spoczęły pewnie w jakiejś głebokiej prehistorii kawałki ciastek. W pełen wrażeń dzień wplotło się mycie kilku kilogramów klocków.
Myślę o chomiku, którego zjadł nasz kot, gdy akurat rozmawiałam przez telefon (a rozmowy zdarzają sie bardzo rzadko). Ze strychu dobiega skrobanie kuny (prawdopodobnie, bo lisy raczej nie wchodzą na strychy). Z pokojów dzieci – cztery świnki morskie i dwa króliki, które miały być miniaturkami, a wyglądają już jak niemowlęca wersja słonia. W kuchni najstarsza córka widziała mysz. Dlatego więcej czasu w domu spędza z nami nasz kot.
Myślę o zaległym przeglądzie za małej odzieży dziecięcej, niekupionym wciaż regale, niepowieszonych zasłonkach w kuchni, które czekają od półtora miesiąca na desce do prasowania. O butach, w których wybiegam najczęściej na tyle za późno, by zdążyć je wypastować. O sukience, którą mierzę co kilka tygodni, wierząc, że samoistnie zbliżę się do jej rozmiaru, jednocześnie wieczorem podjadając pierniczki własnej roboty, którymi zainaugorowaliśmy grudzień (naprawdę pyszne!). I mimo to kupuję nowe sukienki, z kórych każda leży w miarę, a będzie leżeć świetnie, gdy już przejdę rubikon dyscypliny żywieniowej i ruchu.
W mojej torebce są notesy na listy zakupów i genialne pomysły na teksty oraz ćwiczenia warsztatowe, skarpetki na dwulatka, niepotrzebne paragony, pomadka, której nigdy nie udaje się znaleźć za pierwszym razem i karty do stacji benzynowych (na ogół nie tych, co potrzeba – wczoraj w nocy usiłowałam na Shellu nabić punkty za tankowanie do karty Orlenu).
Myślę o tym wszystkim, co jest słabe, improwizowane, niegotowe, niewypracowane. Ale przecież chę, próbuję, uczę się. Nie jestem tą samą osobą, ktorą byłam rok temu, mimo że na co dzień trudno widzieć zmianę.
Myślę także o tym, że nie wiem, co będzie za pół roku albo za rok. Nawet zresztą dzień jutrzejszy mogę tylko planować. Myślę też o rzeczach, które w ostatnim czasie spektakularnie się rozsypały i tylko Jego miłość, przychodząca z wielką troską na pustyni wiary, i mądrość oraz spokój mojego Męża ocaliły mnie przed zakleszczeniem w ruinach.
Podobno w życiu człowieka przychodzi moment, gdy uczy się w końcu, że nie musi się wiecznie spinać, zdawać egzaminu, udowadniać, że zawsze wszystko może. Że jest lepszy niż jest. Myślę, że ten moment już nadszedł.
Małgorzata Rybak
PS. „Every woman” kojarzy mi się terminem: „everyman”. Był to gatunek sztuki w późnośredniowiecznej Anglii; moralitet, którego bohater uczestniczył w odwiecznej walce dobra ze złem. Everyman – bo uosabiał wszystko, co wspólne dla ludzkiego doświadczenia.