„Gdy z pierwszym dniem Adwentu stajemy w blokach startowych, by w końcu wszystko zrobić dobrze (bo wtedy może On przyjdzie), obnażamy nasze tęsknoty i naszą biedę.
Przecież czekamy na narodziny Boga, który przynosi same cudowne rzeczy. Miłość, ukojenie i nadzieję na to, że jutro przyniesie pomysły na rozwiązanie problemów, które dziś są nierozwiązywalne.
Jednocześnie możemy czekać jak na trudnego gościa, przed wizytą którego trzeba będzie się natyrać jak wół. Na postać, której obojętne jest nasze zmęczenie, ciało, granice i potrzeby. Na kogoś, dla kogo trzeba się stać kimś innym, niż jesteśmy, bo 'tacy’ do niczego się przecież nie nadajemy. Gdyby ktoś z boku spojrzał na nasze przygotowania, nie uwierzyłby, że chodzi o odwiedziny przyjaciela.”
Przyszła do mnie taka myśl właśnie przed Adwentem, również w związku z adwentowym projektem Aletei (o którym niedługo). Z maskarycznym obrazem Boga – przyjdą masakryczne przygotowania do świąt. Ze zmasakrowanym sumieniem – będzie katowanie siebie na przedświęciu i odchorowywanie po. Ale może stanie się coś innego i wydarzy się w naszym życiu cud, jak ten w stajence. Narodzi się w nas łagodność. Powieje ciepłem, od którego rozpuści się w nas srogi mróz. Urodzi się w nas człowiek.
Cały tekst znajdziecie TU [KLIK].
A jeśli chcecie się z Nim spotykać codziennie także przez adwentową grupę rozwojową, to jest ona nadal otwarta. Informacje TU [KLIK].
Bądźcie dobrzy dla siebie 💛
Małgosia