Miłość, która ocala naszą kruchość

Miłość, która ocala naszą kruchość

Gdy zamyślam się nad wszystkimi paradoksami Adwentu, dochodzę do wniosku, że naprawdę wywraca nasze przekonania. Startujemy w niego jako w piękny czas rozwojowy, gdy możemy zrobić coś inaczej i lepiej niż zawsze. Przy okazji jednak odsłania naszą słabość i tworzy przestrzeń wołania o to więcej, którego nie wykrzesamy sami z siebie. I wtedy okazuje się, że Bóg także przychodzi podobny do nas: maleńki, w wielkiej potrzebie bliskości, zależny od dłoni Mamy, które uniosą Go do policzka. Jakby chciał zapytać, czy naprawdę wierzysz w to, że  musisz być samowystarczalny/a?

Chciałabym Ci życzyć dobrych Świąt. Zaufania, że życie to dobra historia, choćby toczyło się tak, jak pewnej parze z Betlejem, dla której zabrakło miejsca w zajętym świecie. Obecności bliskich, choćby to była tylko jedna osoba – i Twojej obecności w ich życiu, ponieważ bogactwem tego, kim jesteś, możesz innych bardzo obdarować.

Nade wszystko chciałabym Ci życzyć przyjęcia tego, co w Tobie słabe, kruche i wołające o pomoc. Przeszłam tak daleką drogę od odrzucenia do przyjęcia siebie, że mam pewność, że cały nasz stosunek do świata wynika z tego, jak traktujemy siebie samych. Warto traktować siebie dobrze, a nawet jak najlepiej. Czule, mądrze i z szacunkiem.

A gdy brakuje nam samym miłości, by podarować ją sobie i innym, przychodzi Bóg, by nam w tym pomóc. Mały i kruchy, którym trzeba się zaopiekować, tak jak On opiekuje się tym, co w nas wrażliwe, złamane, narażone na uszczerbek. Niech ta Jego czułość rozgości się w Tobie i znajdzie drogę do innych ludzi.