Na zdjęciu widzicie pokrzywę.
Urosła w doniczce, do której przesadziliśmy ułamane drzewko szczęścia. Drugie jest już pokażne, a dostałam je w prezencie jako maleństwo od gospodarzy, u których mieszkaliśmy dwa lata temu podczas wakacji we Włoszech. Kiedy jest szaro i nijak, myślę sobie o tym kawałku słońca w doniczce znad jeziora Garda, i przypominam sobie, że są też w życiu takie chwile.
Ale chciałam o pokrzywie. I o tym, jak ogród uczy mnie szacunku i cierpliwości dla procesu, a teraz na wiosnę to już w ogóle. Nie wiadomo bowiem jeszcze, co po zimie wyrośnie. Co straciło liście, ale w ziemi jakaś część już budzi się do życia. Jasne, że można wszystko zaorać, przeorać, uporządkować, kupić i posadzić na nowo, a potem wrzucić zdjęcia dla sąsiadów. Ale z tym porządkowaniem można zaorać coś pięknego, co już było zasadzone, ale tylko poszło spać.
Denerwowała mnie ta pokrzywa, ale chciałam jej się przyjrzeć, co z niej wyrośnie.
No i wyrosła herbata z pokrzywy.
Wczoraj na rabatce wśród liści tulipanów znalazłam wyrastającą z ziemi maleńką marchewkę ze świeżym listkiem. Musiała w jakiejś formie przezimować w ziemi razem z kompostem. Który też jest przecież z odpadów. Z tego, co niepotrzebne.
Mam myśl, że czasem w sobie chciałabym tak zaorać, kupić nowe i posadzić.
Ale wtedy co małymi listkami.
Co wtedy z tym wszystkim, co delikatne i daje życie.
Co potrzebuje, by na to pochuchać, spojrzeć oczami pełnymi ciekawości i wpuścić słońce.
Bądźcie dobrzy dla siebie
Małgosia