Nie wiem, jak u Ciebie.
U mnie temperatury z 30 stopni wykonały deep dive w 15 i zastygły w tym miejscu na trzy dni.
Trzy dni i 2/5 domu już chore.
Trzy dni osnuła szarość, mokra, lejąca deszczem albo siąpiąca wilgocią, która wciska się lodowatymi smugami przez każdą szparę w drzwiach do domu, przechowującego jeszcze pamięć upalnego lata.
Jak to się stało, zachodzę w głowę. Jak to możliwe, by w nocy z soboty na niedzielę nagle oś Ziemi pochyliła się tak bardzo, że z lata zrobiła się jesień? Coś jej upadło, zgubiła coś, musiała się schylić – gwałtownie zwiększając odległość mojej szerokości geograficznej – od ciepła słońca?
Gdy ja go tak bardzo jeszcze potrzebuję?
Och. Nie rozumiem memów, na których rodzice dzieci cieszą się, że zaczyna się szkoła. Moje ciało jest w rewolcie. Nie chce wcześnie wstawać, nie chce mieć „świętego spokoju” okupionego zdążaniem i dowożeniem, wysiadywaniem wywiadówek i ściąganiem z pawlacza zimowych kurtek.
Odkryłam to już rok temu, że nie tylko maluchy bywają we wrześniowej adaptacji. Też jestem w adaptacji. Jak maluch, który przeczuwa rozstanie z tym, co znane i kochane. Ze słońcem, wodą i chodzeniem w sandałach. Z byciem w przyrodzie, jeżdżeniem na rowerze, z łatwością i rozluźnieniem.
I ta mała część mnie potrzebuję w sobie znaleźć opiekuna, który ze mną razem tą adaptację przejdzie.
Cierpliwie, życzliwie, ciepło i z miłością.
No.
A jak u Ciebie?
Małgosia
Fot. Canva