Portfel znaleziony po katastrofie

Portfel znaleziony po katastrofie

To zdjęcie bardzo mocno dotknęło mojego serca. Portfel znaleziono na wodach Morza Jawajskiego po katastrofie boeinga kilka dni temu. Na pokładzie samolotu podróżowało 189 osób. Runął do wody kilka minut po starcie.

Smutek i jakieś nienazwane wzruszenie wywołują we mnie wsunięte do portfela kwity, ułożone równo karty i mały klucz. Od czego? Od zamka walizki? Od garażu? Skrzynki pocztowej? A może od domu?

Pomyślałam, jak bardzo przyzwyczajona jestem do narracji, w której ktoś by powiedział: „W obliczu śmierci to wszystko nieważne. Pieniądze na koncie, karty na punkty do sklepów sieciowych ani nawet i te płatnicze, klucze i hasła.”

A ja pomyślałam, że nie. Że to wszystko jest takie ważne właśnie dlatego, że nasze życie kiedyś się skończy. Z tego powodu wszystko, w czym zanurzona jest nasza codzienność, się liczy. Proza życia, drobiazgi, które lubimy, małe rytuały, marzenia i sny. Ale też słowa, które wychodzą z naszych ust – otwierające albo zamykające. Gesty – przyjęcia drugiego albo wojny. Codzienne sprawy – wybierane sensownie, by naprawdę służyły nam i bliskim nam ludziom, albo martwe przymusy (bo „trzeba”, bo „co ludzie powiedzą”, bo „wszyscy tak robią” albo „moja babcia i mama też tak robiły”).

Liczy się także praca – która albo daje szansę wnosić jakieś dobro albo drenuje czy też jest wieczną pogonią za byciem kimś ważnym i potrzebnym. Pogonią „wieczną”, bo rany, przez które nie czujemy się ważni, są znacznie głębsze i praca ich nie wyleczy.

Mają tę moc jedynie głębokie więzi, które dają szansę, by uczyć się przyjmować samych siebie i drugiego człowieka.

M

Źródło zdjęcia: TU