W naszym domu stanęła w ciągu ostatnich dni większość zegarów. Nikt wiadomo, czy było im za gorąco z powodu upałów, czy po prostu zmęczone zdążaniem, nadążaniem i doginaniem, ogłosiły strajk włoski.
Rozglądamy się więc zdezorientowani. Wypadłszy z naszych grafików, wpadamy na siebie zdziwieni, potykamy się o przedmioty i nawołujemy co chwila, która godzina. Jak londyńczycy w angielskiej mgle, jak budzący się z biegu przez płotki, po roku, który piętrzył wyzwanie za wyzwaniem.
I nagle cisza.
W domu przypominającym pobojowisko – bo wyruszamy na pierwszy w życiu biwak – wychylają się z kątów marzenia.
Ponieważ w takim skupieniu przemierzamy codzienność, z takim staraniem, by dać radę, że napięte mięśnie czują się niekiedy jak w klatce nie tylko piersiowej, zaintonowałam kilka tygodni temu nasz refren. Pieśń wolności, co czasem powraca, żeby nam wszystko przypomnieć.
„Zróbmy coś szalonego”.
Wyruszamy więc na Południe. Gdzie nas poniesie. Bez grafiku, marszruty, z garścią marzeń, spodziewań i otwartością na przygody.
Co to będzie?
Poprzednia noc podsuwała mi najgorsze scenariusze, a z rankiem przyszedł świt nadziei i ruch. Zbieranie, składanie, przypominanie sobie, jak to jest, gdy lato nadeszło i znowu wakacje. Jak znacie Finneasza i Ferba, to możecie zaśpiewać dalej razem ze mną.
A jak chcecie w lipcu i sierpniu świętować wspólnie ze mną życie w wakacyjnej grupie rozwojowej, to wiecie pewnie, że gorąco i serdecznie zapraszam 💛
Bądźcie dobrzy dla siebie i trzymajcie kciuki, żebyśmy szczęśliwie spakowali nasze życie do wersji turystycznej (trochę w stories) i wyjechali 😊
Małgosia