Dzieci okradają nas z czasu? Drenują energię? Czy coś nam dają? Jeden weekend przyniósł aż dwie perspektywy.
Pierwsza wybrzmiała, gdy ktoś cytował żartobliwy styl wypowiadania się kolegi na temat własnych pociech: „piep…ne bachory”. Powiem szczerze, że rozumiem, iż miało być smiesznie, ale gdy słuchałam tego, rozbolały mnie zęby. Bardzo brutalny żart. Implikacja, nawet żartobiliwa, jest jasna. Dzieci to te przeszkadzajki, które zastajemy w domu po pracy jako jakieś zewnętrzne od nas okoliczności, które nie dają odpocząć, skupić myśli, odebrać nagrody świętego spokoju za efektywnie wypełnione zadania służbowe czy też generalnie za przetrwanie kłopotów, z jakimi w biurze/szpitalu/firmie przyszło się zmierzyć. Do tego jeszcze mają jakąś swoją wolę, żądania i sprawy, które tylko pogłebiają destrukcję idylli, w jakiej moglibyśmy brać udział, gdyby nie one. No i skoro „bachory”, to jakby jednak nie nasze. Pojawiły się przez zaskoczenie i nikt nie przypuszczał, ile z tym będzie wiązało się kłopotów.
Drugą perspektywę przyniósł niezwykły obraz kina niezależnego (koprodukcja kanadyjsko-irlandzko-angielska) – „Pokój” (Room 2015), jaki obejrzeliśmy z mężem w naszym „domowym kinie”. Pokazuje historię dziewczyny, więzionej przez 7 lat w szopie bez okien (jedynym źródłem światła dziennego jest mały świetlik w suficie) przez szaleńca, który ją uprowadził, gdy miała 17 lat. Z 5-letnim synkiem planuje karkołomną ucieczkę, a potem zmaga się z bardzo bolesną adaptacją do „normalnego” świata.
Film mógłby być tragiczny i smutny, gdyby nie zjawiskowe pokazanie relacji mamy i dziecka. Zarówno w monotonii zamknięcia i braku tego, co nazywamy niezbędnikiem codziennego funkcjonowania, jak i w momencie przechodzenia na lepszą stronę rzeczywistości. Synek, który wymaga tyle troski w tak niemożliwych warunkach, jest dla tej dziewczyny źródłem siły, która umożliwia i przetrwanie, i ucieczkę. Sednem ich relacji jest po prostu bycie razem. Cierpliwe, pełne rozmów i bliskości, wyczarowujące ze zwykłych spraw magiczne historie. I także w chwilach, gdy mama załamuje się i nie jest w stanie podnieść się z łóżka, dla małego Jacka liczy się, że jest.
Wiem, wiem, to są przykłady skrajne. W szopie nie dało się chodzić do pracy, a zmęczony rodzic nie jest w stanie być bardzo kreatywny. Nie o to mi chodzi. Chodzi mi o nastawienie do rodzicielstwa. Czy to jest ważna część mojej tożsamości? Czy jako profesjonalista nie mam już miejsca w sobie na bycie tatą? Jako kobieta pracująca – w roli mamy mam nie zaistnieć? Bo z punktu widzenia dzieci jest przecież odwrotnie: najpierw jestem mamą, syn czy córka najpierw widzi we mnie tatę. Firma może się spalić w jedną noc, rodzicem będę do końca życia.
Mówi się tyle o „jakości czasu”. „Nie liczy się, ile go spędzasz z dzieckiem, ale jak”. Z tego już blisko do wniosku, że jak nie masz w ofercie nic jakościowego, to nie idź do pokoju dziecka. Z jego punktu widzenia nasze powody są jednak mało ważne. Ono rozumie, że nie jest wystarczająco dobre, interesujące czy ważne, żebyśmy chcieli z nim być.
Nie wierzę w przywilej „jakości czasu” nad po prostu czasem. Myślę, że tak samo ważna jest po prostu obecność. Nie ta rozliczająca i pełna krzyku o to, co dziecko zrobiło, a czego nie. Albo kiedy nie umiejąc poradzić sobie z własnymi frustracjami, odreagowujemy je na dzieciach. Chodzi mi o obecność, która jest uważna, otwarta, słuchająca pytań. Można wtedy razem smażyć naleśniki albo tylko i wyłącznie patrzeć przez okno.
Syn kolegi mojego taty, zapytany w szkole, kim chciałby być, odpowiedział szczerze, że „telewizorem, bo wtedy tata patrzyłby na niego”. Byłoby strasznie smutne, gdyby nasze dzieci chciałyby być smartfonami (nie tylko się na niego patrzy, ale jeszcze głaszcze i zabiera ze sobą wszędzie) albo klientami w pracy, którzy dostają sto procent uwagi. Moglibyśmy sobie w takiej sytuacji wsadzić swoje zawodowe sukcesy tam, gdzie słońce nie dochodzi.
Ważne, byś dał tyle, na ile cię akurat stać. Leżenie razem na kanapie też jest czymś wyjątkowym. Ja zapamiętałam ze swojego dzieciństwa jako jedne z piękniejszych chwil, gdy mama (niezwykle rzadko, ale jednak) kładła się po południu, a my z bratem obok niej.
Małgorzata Rybak
Źródło obrazka: TU
Myślę, że to „nastawienie” jest sprawą kluczową. Naprawdę.
I… dzieci muszą mieć poczucie, ze rodzice (a takze wychowawcy, nauczyciele) są po ich stronie – co absolutnie nie oznacza pobłażania i innych negatywnych kwestii. Bo jeżeli ktoś jest po mojej stronie to nawet jak mówi mi coś niekoniecznie przyjemnego wiem, że chodzi mu o moje dobro. I z takim człowiekiem chcę/da się rozmawiać…
Masz rację!