Drastyczne przemarzłam na rowerze w czasie latojesieni, która niedawno dobiegła końca, nie skapnąwszy się, że upał w dzień nie oznacza, że gdy Ziemia obróci się na drugi bok, by zasnąć – nie nastanie równie ciepły wieczór. Wróciłam do domu skostniała i z przeraźliwym bólem uszu.
Dowiedziałam się na drodze empirycznej, że z całą pewnością na rower o tej porze roku potrzebna jest czapka, dobra kurtka wiatroszczelna (bo przy prędkości nawet tylko 20 km/h nadchodzi lodowate powietrze znad Antarktydy), komin i rękawiczki. Z pewnością także jakieś spodnie bez luzów w nogawkach i w ogóle.
Dzisiaj rano jednak dzień wstał z obietnicą słońca. I mimo że umiem w niedzielę rano zapełnić sobie mój bilecik balowy tańcami w kuchni, w składaniem i zapobieganiem niespodziankom od poniedziałku, tym razem wiedziałam, że muszę uciec przed sobą.
Rower. Park. Las.
Cudne miejsce na wagary od własnych kawałków, które wymyślają rozmaite formy niedzielnego uciemiężenia.
Wzięłam więc komin i rękawiczki. Zabezpieczyłam uszy. Nie mając jednak spodni na rower na tą odmianę pogody, wybrałam pozostanie w spodniach od piżamy. W której spałam przez ostatni tydzień. Posiadały bowiem na dole obiecujące ściągacze.
I jadąc myślałam sobie, że zaczęłam po świecie chodzić w spodniach od piżamy lata temu, zanim opisała ten proceder w „Czułej Przewodniczce” Natalia de Barbaro.
Piżama na ulicy to znak, że już wiesz, że co ludzie powiedzą nie ma znaczenia, a ucieczka od automatycznych przymusów otwiera drzwi dla nowych smaków życia. Tyle radości ze zrobienia czegoś inaczej.
Zobaczcie, jak było pięknie.
Z życzeniami dobroci dla siebie
Małgosia
Ps. Mam dwa miejsca na piątkowy „Krąg Kobiet z Czułą Przewodniczką” 20.10. Kto chce?