Zachwyciło mnie. To zdjęcie od niedawna krąży po sieci – z dopiskiem, że ukazuje wnętrze jednej komórki ludzkiego ciała, sfotografowane narzędziami optycznymi Harvardu. Nie znalazłam źródła, ale po lewej zlokalizowałam mitochondrium. Córka, pasjonatka biol-chem-fizu, pomogła mi ponazywać resztę.*
Ale nawet bez tej wiedzy, przejmuje mnie do ostatniej komórki ciała, jak bardzo nawet na tym poziomie jesteśmy w częściach. Które o coś ważnego dbają, są odrębne i różnorodne, które ze sobą współpracują. I jeśli jakiejś jest czegoś za mało albo za dużo, domaga się uwagi. Przeciążone stresem serce zaczyna kołatać. Obciążony nad siły ciężarami życia kręgosłup – mówi bólem. Głowa, która tłumi uczucia, pęka z bólu. I wszystko, co w nas „przestaje działać” albo przechodzi w „hiperdziałanie” – prosi, by to wysłuchać i zaopiekować.
Tak samo nasz wewnętrzny krytyk, pracuś czy pragmatyk. I podobnie ta część, która jest potrzebującym dzieckiem, i ta, która chce być sprawcza. Ta zraniona i ta, która w nas jej broni przed kolejnym zranieniem, otaczając pancerną szybą oschłości, wycofania, udawania i wszelkich innych mechanizmów obronnych, o jakich możemy pomyśleć. I dopiero dialog z nimi, i wysłuchanie ich historii, i usłyszenie o co im chodzi, może dać tym częściom wytchnienie i pomóc im bywać w równowadze.
I jedynym, co może utrzymać nasze różne części w równowadze, jest miłość. Przyjęcie ich wszystkich jako swoich. Poznanie ich i zaproszenie do stołu. Posadzenie przy ognisku, gdzie każdy jest ważny. Zobaczenie, że krytyk we mnie – to ja i dziecko we mnie – to też ja. Uczucia to ja, moja duchowość to ja, moje myśli to ja i także moje ciało, do najmniejszej komórki, to ja. Moje bolące plecy, moja biedna głowa, mój ściśnięty żołądek. Wszystko w nas prosi o miłość i wsparcie.
Bądźcie dobrzy dla siebie 💚
#biskosiebie
*w przekroju poprzecznym widać na dole jądro komórkowe z przenikającym na zewnątrz RNA, po lewej – mitochondrium, po prawej te zawijasy to aparat Golgiego, części podobne do makaronu typu „rurki” to mikrotubule.
