W zagięciu czasoprzestrzeni

W zagięciu czasoprzestrzeni

Otóż – dostałam skierowanie na MRI kręgosłupa, do którego skrzętnie się przygotowałam w środę. Wypadające w środku ogarniania wakacji z dużą ilością dzieci (nie tylko naszych 🙂 ), w środku dnia, z przymusowym byciem na czczo od godziny, która pozwalała na śniadanie jedynie w postaci symbolu, z mężem zawołanym na ratunek, który w międzyczasie załatwiał ratunkowego dentystę dla jednego z dzieciaków… Sami wiecie, jak jest.

I udało mi się. Dotarłam nadzwyczaj punktualnie. Po drodze załatwiając. Licząc czas, żeby. Układając po kolei, by miało sens. Przemierzając kilometry od A do B i C. Z torbą jedzenia na post-factum, gdy będzie już można zaspokoić wilczy głód. I wtedy Pani w rejestracji, po długim zaglądaniu w system opieki, spojrzała na mnie i uświadomiła mi niespodziane zagięcie czasoprzestrzeni, w jakim się znalazłam. Doskonale punktualnie, a nawet przed czasem. W sumie to przed czasem o całe dwa dni.

„W takim razie idę jeść”, odpowiedziałam trzeźwo, wychodząc z poczekalni ze wzrokiem oczekujących na mnie (albo raczej z takim wyobrażeniem, jak to wszyscy patrzą na mój powrót do przyszłości).

I to było takie ciekawe, dobre wyzwanie, pozostać przy sobie. Nie dokopać sobie i nie dowalić. Nie przygadać sobie, co umiem, a czego nie itd. Powiedzieć sobie, że tyle się teraz dzieje, że może się wszystko pomieszać. Że po prostu tak zapamiętałam, że 5 lipca to środa. Że to się może zdarzyć każdemu. Znalazłam ławeczkę w zieleni, zjadłam zaległe śniadanie i deser. Napisałam sms-a, bo w takich wypadkach pomaga mi kontakt z ludźmi, którzy nie ocenią przygód w kosmosie.

To coś odkrywanego przeze mnie jako ogromnie ważne – opiekować się sobą, gdy nie wychodzi po myśli i zgodnie z planem. Gdy czujemy się zawstydzeni. Gdy mamy wrażenie, że mogło być lepiej, ale nie wyszło.

m

z cyklu #okruchycodzienności