Wewnętrzne dziecko

Wewnętrzne dziecko

Nosimy je w sobie. Jest wewnętrzną pamiątką tego, jak się czuliśmy jako dzieci w swoim domu, w więziach, jakie tworzyli z nami rodzice czy inni dorośli opiekunowie.

Ujawnia się automatycznie, nie trzeba być świadomym jego obecności. Komuś upada na ziemię szklanka i jednocześnie wymyka mu się „jestem głupi!”. Zapominasz kluczy albo portfela i gdy to odkrywasz, myślisz, albo nawet mówisz na głos: „Jestem beznadziejna”. Ktoś robi ci krzywdę albo narusza twoje granice, a ty przechodzisz do wniosku: „Moje zdanie nie ma znaczenia”.

Wiadomo, że lepiej, gdy wewnętrzne dziecko jest radosne, beztroskie i jego oczy błyszczą zachwytem – nie zaś doświadczonym poniżeniem, ignorowaniem czy odrzuceniem. Jednak każdy prawdopodobnie nosi jakieś rany. Im trudniejsze, tym bardziej wewnętrzne dziecko zepchnięte jest w kąt. Wówczas króluje w nas rodzic: ten, który żyje poczuciem obowiązku. Nieraz tak już bardzo, że to tylko jazda na oparach. Nie wiadomo, po co i dlaczego robię różne rzeczy – sprzątam, oszczędzam, perfekcyjnie pielę grządki albo zaharowuję się na śmierć – bo rządzi mną przymus. Względnie moje wewnętrzne dziecko tak głośno woła o miłość, więc staram się wszystkim naokoło udowodnić swoją samowystarczalność, wartość, kompetencje. I żadna ilość pracy ani sukcesów nie sprawia, że zyskuję poczucie bycia kimś kochanym i ważnym. Wspaniała fasada skrywa samotnego, cierpiącego człowieka, który tej kruchej i zranionej części w sobie nie potrafi jeszcze odkryć ani się nią zaopiekować.

Trzeba wrócić po swoje wewnętrzne dziecko, koniecznie. Inaczej będzie umierać z głodu miłości, który pozostał z jej braku wtedy, gdy była niezbędna do życia i rozwoju. Fundamentalne potrzeby nie wyparowują w kosmos. Zapomniane i zagłodzone, będzie się odzywać w najmniej oczekiwanych momentach.

Znajdź je i zapytaj, co by chciało z Tobą robić. Zdmuchiwać puch z dmuchawców? Skakać na trampolinie? Ubrać piękną sukienkę i być księżniczką? Usłyszeć, że jest kimś niezwykłym i jedynym w swoim rodzaju? Że Bóg go chciał i czekał na nie, a gdy się urodziło, skakał z radości fikołki? Że zawsze był, nawet gdy samotność zaglądała tak bardzo w oczy?

Nie są to jakieś tam śmieszne bajki. Na ogół będziemy traktować własne dzieci tak, jak własne wewnętrzne dziecko. Albo łagodnie, z troską i poczuciem humoru, albo jak policjant i stróż najmniejszych objawów radości, bo najpierw obowiązki a potem… Potem często na nic więcej już nie będzie czasu. I nagle nasze dzieci skończą studia i pójdą do pracy.

Zróbmy sobie samym dzisiaj także Dzień Dziecka. 🙂

Małgorzata Rybak

Jeden komentarz

Komentarze są zamknięte.