No więc od niedzieli wieczór zaczęłam marznąć. Marznąć okropnie. Objawiało się to tym, że chodziłam po domu i pytałam wszystkich, czy nie jest im zimno, a następnie wkładałam na nich swetry, kapcie i bluzy. Podejrzewałam nawet, że w Ziemię uderzył meteor i zaczyna się kolejne wielkie zlodowacenie.
Najgorsze jednak były wyjścia na dwór, zwłaszcza że chwycił mróz. Przejście stu metrów z auta do rozmaitych destynacji na mieście było jak wyprawa w kapciach przez Arktykę, ku samemu North Pole (piszę po angielsku, bo nazwa w tym języku brzmi krócej, choć wyjaśnienie mojej intencji w nawiasie dłużej). Przesiadywałam więc, gdzie mogłam, w kurtce i czapce, tłumacząc, że czekam na nadejście wiosny, bo mój termostat się nie adaptuje.
Aż we wtorek wieczorem położyła mnie gorączka dreszczami, a wraz z nią zapukała grypa.
Odkrywam, że chorowanie to jedna z rzeczy, do których bardzo potrzebna jest odwaga. Odwaga bycia tak słabym, że rozważa się wszystkie za i przeciw wychylenia się spod kołdry, bo droga do łazienki wydaje się za długa.
Odwagi wymaga proszenie męża o herbatę (robi najlepszą) i termofor do łóżka, choć gdzie indziej ludzi wyciągają spod gruzów, więc zawracanie komuś sobą głowy wydaje się tak bardzo nie na miejscu.
Odwagą jest przestawianie domu w tryb awaryjny, tryb naleśników, pomidorowej i bajek. Oraz rosnącego stosu prania.
Odwagi wymaga wysłanie pierwszoklasisty na bal karnawałowy w kusym stroju Spidermama – z którego on się mega cieszy, ale Ty wiesz, że kupiłaś mu go jak szedł do przedszkola.
Odwagi wymaga napisanie komuś „Czuję się do dupy i mam wrażenie, że tak już będzie do końca świata”.
Płakanie na serialu, który jest tylko fikcją, a który nie zabiera z głowy wszystkich pytań i trosk.
Odwagą jest powiedzieć sobie: „Jestem ważna”.
Powiem Wam, że luty spędzany z odwagą jest dla mnie ogromnie ważnym miesiącem.
Zdjęcia z książeczki „Co lubią uczucia” Tiny Oziewicz.
Bądźcie dobrzy dla siebie 💚
Małgosia