Wczoraj wysłałam do Was newsletter. Opowiadam w nim o słowie-alternatywie wobec idei „zarządzania sobą” (i jej rozmaitych odmian). I o tym, jak trudno mi było słyszeć rady, bym „zarządziła swoimi emocjami” w takim momencie mojego życia osiem lat temu, gdy w swoje objęcia wzięła mnie depresja i zamieniła czas w wieczność, a każdą czynność w ołowiany ciężar.
Myślę, że im więcej w wychowaniu jest „zarządzania dziećmi”, tym większe prawdopodobieństwo sklejenia się w dorosłości z tym samym pomysłem – by sobą „zarządzać”. Czyli w dużej mierze być głuchym na potrzeby. Realizować cele w oderwaniu od bycia żywą i czującą (i czułą!) istotą.
Im więcej czasu spędzam z roślinami, hodując je z maleńkich nasionek, tym bardziej mam myśl, że skoro rośliny aż tyle potrzebują do wzrostu – to tym bardziej przecież ludzie. I pewnie podzielę się z Wami odkryciami z tego towarzyszenia makom syberyjskim i lwim paszczom w kolejnym newsletterze, o którym wolę myśleć, że to list.
A jeśli chcecie dostawać ode mnie te listy, to TU [KLIK] możecie się na niego zapisać. (Po zapisie – zajrzyjcie do „spamu”, „promocji” i „społeczności”, bo prośby o potwierdzenie zapisu lubią tam lądować i dobrze się czują pośród innych ;).
Ten wczorajszy zaś możecie przeczytać TU [KLIK].
Bądźcie dobrzy dla siebie <3
M
Fot. Pixabay