Nie tylko z powodu aut płynących strumieniami i zastygających w korkach. I nie tylko przez ilość ludzi w sklepach i przez reklamy o idealnej konsumpcji.
Ta druga połowa grudnia robi się gęsta z powodu wszystkich wcześniejszych grudniów jakie były naszym udziałem. Jakby pukała do nas suma wszystkich doświadczeń. Tego, jak na święta czekali nasi opiekunowie. Jaki klimat towarzyszył gotowaniu barszczu i pieczeniu babki. Co przynosił Mikołaj, Aniołek czy Dzieciątko pod choinkę, a czego nie przyniósł przez większość życia nikt. Święta kontaktują nas z naszą najstarszą historią, marzeniami i rozczarowaniami.
To przedświęcie sprawdza naszą zdolność opiekowania się swoimi potrzebami i granicami, która jest odwrotnie proporcjonalna do przymusu poświęcania ich dla tego, co „trzeba” i „powinno”.
Wydawało mi się, że planowałam wszystko z zapasem, a u mnie też dni biegną jakby dołączały do tego pośpiechu, który na ulicach miasta ileś kilometrów stąd. Za dużo, za gęsto, jeszcze to i tamto. Nie tak miało być. Miało być bez pośpiechu. Z dzwoneczkami. Z sercem, które ma więcej miejsca na wszystkie ważne pytania świata. A czasem mam ochotę płakać ze zmęczenia. A potem znowu wierzę, że to już, zaraz, za chwilę, będę już tylko patrzeć na światełka na choince i czuć ziemię pod stopami.
Potrzebuję spojrzeć na siebie z miłością. Zobaczyć, jak się staram. Jakie intencje za tym wszystkim stoją. Jak bardzo chciałabym dać radę. Jak bardzo nie wiem. Ile w brzuchu niepewności. Jak ta mała dziewczynka we mnie chciałaby już nic nie musieć.
I jeszcze tylu najbliższych w tym pandemicznym roku będzie nie do spotkania i nie do uściskania.
Zobaczyć siebie z tym wszystkim to już coś. Można powiedzieć „kocham Cię” i „jestem tu z tobą”.
Jeszcze jest chwila, by zrezygnować z niepotrzebnego. By wybrać mniej. By zostać przy sobie. By poszukać, jak inaczej i co najbardziej służy.
Bądźcie dobrzy dla siebie 💚
m
Bardzo potrzebne dla mnie dziś słowa.