To nie wina dzieci, że świat zatrząsł się w posadach.
I one potrzebują bardzo poczuć pod stopami kawałek pewności.
I one pragną, by wszystko, co dobre, było po staremu.
Dlatego gdy widzą nas smutnymi, wciągają do zabawy.
Gdy widzą nas wyłączonymi, na wszelkie sposoby próbują pokazać „hej, jestem tu!”, bo bycie w kontakcie zmniejsza lęk.
I one potrzebują, by wielu rzeczy było mniej – mniej szkoły wchodzącej drzwiami i oknami do domu i odbierającej im dom i rodziców.
Mniej złych wiadomości, statystyk, cyfr.
Mniej napięcia, że z czymś się trzeba wyrobić, kiedy najważniejsze, żeby przeżyli ich bliscy, w tym babcia i dziadek.
I one potrzebują, by wielu rzeczy było więcej.
Więcej naszych ramion, więcej przytulania, więcej zaglądania, co u nich słychać.
Więcej żartów, nowych rytuałów budujących bliskość, więcej oderwania myśli i rozrywki, więcej bycia razem.
Więcej przestrzeni i autonomii na coraz mniejszych nieraz metrach.
I wiary, że jutro będzie miłość.
m