Wrócić po siebie

Z ciężarami ostatnich dni zrobiło mi się w końcu tak, że osiągnęłam pełne zanurzenie.  Napisałam nawet do bliskiej dla mnie osoby, że jestem jak dziewczynka, która wysyła do świata kolorowe pocztówki, jednocześnie sama chodząc boso po gruzowisku. W tym obrazku pokazała mi się jakaś cierpiąca i opuszczona część mnie, która zaczęła w końcu nadawać swoje sygnały Morsem tak dojmująco, jakby to były afrykańskie tam-tamy, i bardzo trudno było mi usłyszeć jakieś inne swoje części. W rozbiciu, przerażeniu, osamotnieniu. I przyszła mi wczoraj rano taka myśl, że w takim razie to zbyt ważne, co się dzieje, żebym dalej próbowała „żyć normalnie”, czując się dokładnie odwrotnie. A mam już takie doświadczenie, że jeśli próbuję robić coś, na co nie mam zasobów, bo wydaje mi się, że powinnam, to sprawiam sobie ból. I za moment mogę nie mieć siły wstać z łóżka.

Więc ta myśl, z którą przywitałam się wczoraj rano, była taka, że skoro jakaś przerażona część mnie chodzi sama po gruzowisku, to muszę na to gruzowisko do niej pójść i z nią tam posiedzieć. I zawołać w jej imieniu o pomoc. Bo jeśli ja tego nie zrobię, nikt jej nie znajdzie.

Zastałam ją, gdy zapłakana przy kupce gruzu świętowała swoje smutne rocznice. Rok od śmierci naszej córeczki, Marysi, zanim przyszła na świat. Zdążyłam jeszcze pójść na cmentarz przed ogłoszeniem zakazu wychodzenia z domu, ale kwiatków wkopać już nie, bo i tak nie byłoby jak ich teraz podlewać. Dwa lata minęły od mojej ciężkiej choroby, która na szczęście nie okazała się śmiertelna. Trzy lata od wysłania w kosmos naszego świata przez kogoś, kto bardzo skrzywdził naszą rodzinę i nigdy za to nie przeprosił. I teraz okazuje się to tym bardziej nieludzkie, im bardziej potrzeba wokół bliskości i stabilizacji.

Uzbierało się. Bycie przy sobie w takim przywaleniu jest trudne, ale znacznie gorsze w skutkach jest mówienie sobie: „patrz na plusy” i „rób coś, to ci przejdzie”. To jak dokładanie kolejnych cegłówek do kupki gruzu. Mi pomogło powiedzenie sobie: coś ważnego się dzieje i że potrzebuję pomocy. I próba szukania jej w taki sposób, jaki jest dostępny.

Gdy mamy mało wprawy w proszeniu o wsparcie, bo nauczyliśmy się, że się nam nie należy i trzeba sobie w życiu radzić samemu (a uczymy się tego na ogół w dotkliwych okolicznościach), to potrzeba dodawać sobie otuchy, im więcej doznajemy rozczarowań i lęku. Że nie znajdzie się wsparcia od razu tam, gdzie się tego spodziewamy, bo ludzie na ogół chcą dać to, czego sami potrzebują. Ktoś ci zaproponuje – „to idź pokopać ogródek, to zawsze pomaga”. Ktoś inny zacznie ci malować czarne obrazy, bo wierzy, że narzekanie razem pomaga. Ktoś jeszcze odsunie się i zrobi ci dużo przestrzeni, bo sam w cierpieniu się odsuwa i woli być z nim sam. Ale jakby nie było źle, jest nadzieja, że w końcu, w końcu gdzieś dotrze do ciebie z powrotem, z nadanego przez ciebie s.o.s. proste „słyszę cię”. A ono w tych czasach może uratować życie.

Dużo płakałam, odpuściłam wszystkie „muszę”, posłuchałam siebie we wszystkim, w czym odczuwam stratę, ból i strach, pokazałam swój ból Temu, który mi obiecał przecież, że się będzie mną opiekował, i otulił mnie swoim ciepłem, żeby tego lęku było mniej. Szukałam, kto i co może mi pomóc. Jestem wdzięczna za wszystkie zwrotne sygnały.

I trzymam tą dziewczynkę za rękę, poję ją ciepłą herbatą i dobrymi słowami, mówiąc jej, że razem to przetrwamy. Nie pokazuję jej fejsbukowej rolki z wiadomościami, puszczam bajki i daję jej spędzać czas blisko dzieci i zwierząt, bo ich boi się mniej.

Bądźcie dobrzy dla siebie <3

m

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *