O miłości nie danej sobie

O miłości nie danej sobie

Różne to mogą być rzeczy. Te, których pragniemy od innych jak kania dżdżu, i cierpimy, gdy nie przychodzą. I których odmawiamy sobie samym jak najzimniejszy, najbardziej odległy i obojętny rodzic. Może tym być:

  • życzliwość, bez której, jak bez słońca i wody, nic delikatnego w nas nie przeżyje i nie rozkwitnie,
  • szacunek, który otwiera drzwi do naszego „tak” i naszego „nie”,
  • wsparcie, bez którego nikt nie jest w stanie żyć, a nam się wydaje, że jakoś damy radę nie potrzebować, nie prosić (i nie narażać się na odmowę lub… piękno bycia obdarowanym),
  • troska, która obejmie nasze ciało,
  • pozwolenie na marzenia i dobrostan,
  • wysłuchanie, którego brak będzie w naszym życiu jak wieczna posucha niesłyszenia siebie,
  • dobre słowo, którego żałujemy sobie, uważając, by nie być dla siebie „zbyt dobrym”,
  • obecność przy sobie, która pozwala przeżywać wszystkie uczucia i cieszyć się oddechem,
  • zmiana, która mogłaby nas wypuścić do nowego życia, ale stary ból jest zbyt znajomy, by móc się z nim rozstać.

Te wszystkie pragnienia, które adresujemy wobec innych, są jednak ogromnie cennym drogowskazem. To światełka, które mówią o naszych potrzebach. Dlatego dobrze brać je do rąk, oglądać, przytulać. Po kawałku i małą łyżeczką. Czasami najlepiej z kimś drugim, przygotowanym do tego, jeśli obawiamy się, że sami nie podołamy, bo te potrzeby mają tyle lat, to my.

Bądźcie dobrzy dla siebie 🧡

M