Różne to mogą być rzeczy. Te, których pragniemy od innych jak kania dżdżu, i cierpimy, gdy nie przychodzą. I których odmawiamy sobie samym jak najzimniejszy, najbardziej odległy i obojętny rodzic. Może tym być:
- życzliwość, bez której, jak bez słońca i wody, nic delikatnego w nas nie przeżyje i nie rozkwitnie,
- szacunek, który otwiera drzwi do naszego „tak” i naszego „nie”,
- wsparcie, bez którego nikt nie jest w stanie żyć, a nam się wydaje, że jakoś damy radę nie potrzebować, nie prosić (i nie narażać się na odmowę lub… piękno bycia obdarowanym),
- troska, która obejmie nasze ciało,
- pozwolenie na marzenia i dobrostan,
- wysłuchanie, którego brak będzie w naszym życiu jak wieczna posucha niesłyszenia siebie,
- dobre słowo, którego żałujemy sobie, uważając, by nie być dla siebie „zbyt dobrym”,
- obecność przy sobie, która pozwala przeżywać wszystkie uczucia i cieszyć się oddechem,
- zmiana, która mogłaby nas wypuścić do nowego życia, ale stary ból jest zbyt znajomy, by móc się z nim rozstać.
Te wszystkie pragnienia, które adresujemy wobec innych, są jednak ogromnie cennym drogowskazem. To światełka, które mówią o naszych potrzebach. Dlatego dobrze brać je do rąk, oglądać, przytulać. Po kawałku i małą łyżeczką. Czasami najlepiej z kimś drugim, przygotowanym do tego, jeśli obawiamy się, że sami nie podołamy, bo te potrzeby mają tyle lat, to my.
Bądźcie dobrzy dla siebie 🧡
M