Spać więcej, aby żyć bardziej

Wstaliśmy dzisiaj o 11:00. Wszyscy po kolei. Najmłodszy synek, który obudził się po 7 i jeszcze zasnął. Średni, który całą noc ganiał do toalety z powodu tak zwanych “sensacji”. I ja, która miałam kilka pobudek i zdążyłam o szóstej rano wyprawić najstarszą córkę do szkoły. Mąż, dzięki sytuacji zdrowotno-sanitarnej, mógł wyjechać do pracy godzinę później, więc też coś ze snu złapał.

Początek roku kojarzyć się może ze zrywem. Tak, jakby fajerwerki były owym wystrzałem z pistoletu, który wypuszcza nas z bloków startowych. Zrobimy wszystko lepiej, więcej i bardziej niż w roku poprzednim. Schudniemy, lepiej zarządzimy czasem, podniesiemy osobistą wydajność. Podejrzewam, że nie dalej jak za miesiąc – przy takim podejściu – nie będziemy pamiętać już ani punktu startowego, ani gdzie jest meta. Zweryfikowani przez tzw. “życie”, zmartwieni własną niedoskonałością albo zrezygnowani, że czegokolwiek byśmy nie próbowali, zawsze kończy się tak samo. Dlatego myślę, że warto w noworocznym remenencie uwzględnić własne zasoby. Może nie potrzebuję zacząć biec jeszcze szybciej, tylko odwrotnie: przystanąć i rozgrzać silniki? 🙂

Piszę o wyspaniu się nie bez powodu. Kluczowym było dla mnie dowartościowanie potrzeb własnego ciała: ukróciło iluzję wszechmocy, ze św. Matki Teresy zamieniło mnie w zwykłego człowieka. Z jakiś rok temu zobaczyłam wyraźnie głęboki związek pomiędzy moim niewyspaniem a napięciem, brakiem energii życiowej i poziomem irytacji, kulminującej się w wybuchach o dużej sile rażenia. Pomyślałam wtedy, że jeśli mówimy, że w małżeństwie termometrem związku jest bliskość fizyczna (lub jej brak), to w relacji do siebie samej – owym JA+JA – o tym, czy naprawdę siebie kocham, powie mi stopień troski o kondycję ciała. Bo  ona chyba najbardziej kojarzy się ze “stratą czasu” – ukradzeniem go obowiązkom, poświęceniem go wyłącznie sobie.

Dziś stwierdziłam z zadowoleniem, że nie byłam na siebie zła, że pół dnia “zleciało” mi na spanie. Mogę też chyba powiedzieć, że kultura naszej rodziny dowartościowuje sen – gdy kogoś rozkłada przeziębienie, jest wysyłany do łóżka. Na ogół na drugi dzień wstaje w dobrej formie. Nie biorę na siebie  żadnej pracy, która wymagałaby siedzenia w nocy (a było tak dawniej w moim “starym życiu” – szczególnie tłumacze zasadniczo pracują na wczoraj i do szóstej rano; równie drenująca może być zresztą praca społeczna i tak też było w moim przypadku). Wiem, że moje niewyspanie zabierze mi następny dzień i uruchomi tryb “na przetrwanie”.

No a przecież nie chcę przetrwać, tylko żyć. Być w relacjach, tworzyć naszą codzienność, widzieć świat wokół mnie, zostawić po sobie jakieś choćby najmniejsze dobro.

A Ty? Co jest Twoją największą potrzebą w dziedzinie troski o własne ciało?

Małgorzata Rybak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *