Widziałam siebie

Widziałam siebie

Pisałam przedwczoraj w newsletterze o widzeniu siebie, a wczoraj zobaczyłam siebie w ogrodzie. Pochyloną nad ziemią. Skupioną. Wolną, bo już nie jest tak, jak w dzieciństwie, gdy rzeczy można było sadzić w jeden określony odgórnie sposób. Albo gry wyrwanie czegoś było nie do pomyślenia. Albo gdy pielęgnowanie roślin było monotonną męczarnią braku wyboru, w imię wyższego, bliżej nieodgadniętego celu i świętego przymusu. Gdy była to raczej pańszczyzna, a nie twórcze działanie. Nie jak teraz, gdy skupiona i zmachana, nie wiem, czy jest pierwsza, druga czy piąta po południu, i tylko poziom cukru we krwi daje znać o sobie w końcu lekkim zawrotem głowy. Że pora na obiad.

Widziałam siebie z wodą nalaną niechcący z węża do własnych kaloszy. Widziałam siebie, jak zimno rozlewające się wokół stopy najpierw sprawiło, że pomyślałam: „Jaka ze mnie gapa, jak mogłam”, a nie, że „Jaka szkoda”. Widziałam, jak cieszę się, że przyschnięte róże piją, tak, jakbym to ja piła wodę razem z nimi. Widziałam siebie w zachwycie nad tym, jak rzeczy rosną. Widziałam siebie wrażliwą i zatroskaną o każdy wyrwany przypadkiem kwiatek i wsadzającą go z powrotem do ziemi, żeby nie musiał jeszcze umierać.

Widziałam siebie silną, biegającą z łopatą jak amazonka po dżungli z łukiem. Widziałam siebie zmęczoną i osłabłą, ciągnącą z trudem nogi po schodach, jakby to było wejście na Annapurnę, wcale nie na najwyższą górę świata, ale jednak dziesiątą z kolei, więc to też coś.

A jak Ty widzisz siebie? Jak możesz zobaczyć siebie z akceptacją i życzliwie?

Bądźcie dobrzy dla siebie <3

M

Fot. Pixabay