Poznałam Heike, gdy miałam 24 lata. Pojechałam do Niemiec do wakacyjnej pracy i ona była moją szefową. Najlepszą, jaką w życiu miałam. Ja miałam za sobą ciężkie przejścia, ona – zarządzała ogromnym domem starców w Mannheim, gdzie miałam pełnić rolę wspierającego rozmową towarzysza ludzi, którzy tam mieszkali.
Heike, która użyczyła mi gościny w swoim domu, uczyła mnie, jak zostawiać wieczorem niepozmywane naczynia i iść czytać książkę. Jak jeść w restauracji to, co się lubi i nie musieć kończyć niczego, co nie smakuje. Uczyła mnie też, jak stawiać człowieka, nawet takiego z demencją, który nie pamięta, jak się nazywa, zawsze ponad pośpiechem, efektywnością i drogami na skróty. No i zawsze powtarzała, że życie jest piękne. Tydzień temu, gdy zatrzymaliśmy się u nich na nocleg, powtórzyła to samo.
Towarzyszy mi to zdanie od tamtych pierwszych spotkań. Zauważam, że zaczęło żyć we mnie swoim własnym życiem i po kropelce uczyć mnie, jak karmić się pięknem świata i niezwykłością własnego istnienia. I mam wrażenie, że pod koniec wakacji potrzebuję jeszcze bardziej sposobów na to, by życie stawało się piękne. Jak promieni słońca zapakowanych do spiżarki.
Napisałam o tym TU [KLIK].
Bądźcie dobrzy dla siebie <3
M
Fot. Ania Rybak