Cisza po egzaminie

Dziękuję gorąco wszystkim, którzy wyrażali swój doping i wspierali moje zdawanie egzaminu w Szkole Trenerów Akademii SET. Było to cenne i brałam dla siebie jak zapasy na ciężkie boje. Przygotowania wymagały ode mnie wielkiej koncentracji – egzamin teoretyczny obejmował całą poznaną teorię, a praktyczny wymagał szczegółowego przygotowania jednodniowego szkolenia wraz ze wszystkimi materiałami i przeprowadzenie na sali jednego z modułów.

Chciałabym Wam opowiedzieć, co zawdzięczam tej szkole.

Najpierw – spotkania z ludźmi. Gdy przerywałam w trakcie szóstego zjazdu swoją edukację w SET, bo zdrowie nie pozwoliło mi jej kontynuować, najbardziej było mi żal utraty miejsca życzliwych spotkań, wzajemnego szacunku, otwartości, wspierania i inspiracji na drodze rozwijania nowych umiejętności. Osobiście było to dla mnie ważne środowisko na czas trudnej transformacji po dużym rozczarowaniu projektem, w jakim brałam udział wcześniej przez aż kilka lat, a który zostawił mnie z dziurą w sercu i głowie. Niemniej jednak, gdy moja grupa w Szkole Trenerów zdawała swój egzamin, ja w szpitalu czekałam na biopsję wątroby na kolejnym kilometrze badań diagnostycznych.

Trochę kosztował mnie powrót do udziału w zjazdach (także z powodu obaw, jak to będzie odnaleźć się w nowej grupie), ale od wejścia do lobby i pierwszych rozmów przy kawie poczułam się przyjęta. I myślę, że to przyjęcie dało mi kopa do tego, by jednak zdecydować się zdawać egzamin w czasie dla mnie nie do końca optymalnym. Styczeń od kilku lat rezerwuję na refleksję nad tym, co było i dokonywanie wyborów, w co dalej chcę się zaangażować. Tym razem, ponieważ całe ferie świąteczne spędziłam z rodziną (było dla mnie ważniejsze, by być razem tu i teraz, niż siedzieć w egzaminacyjnym stresie i sprzedawać go bliskim), początek stycznia przyszedł z kumulacją przygotowań. Dziś wiem, że mimo wszystko zdanie tego egzaminu było warte modyfikacji przyzwyczajeń.

Poza ludźmi, szkoła SET urzekła mnie świetną merytoryką, spójnością i konsekwencją. Model pracy, jaki proponuje, opiera się na wzajemnym szacunku i bezpieczeństwie. Zanurza w doświadczeniu i daje wiele przestrzeni do praktyki, nie zapominając o tym, że szkolenie to nie “event” ani “happening”, ale część jakiegoś procesu. W ten sam sposób pracuje także szkoła, kształcąc trenerów, dlatego po każdym sobotnio-niedzielnym zjeździe miałam wrażenie, że spędziłam w niej dwa tygodnie, a nie dwa dni.

Po egzaminie – zajęłam się przygotowaniami do nowego warsztatu, który zaplanowany jest na najbliższy wtorek [KLIK]. Będziemy szukać w sobie i poza sobą tego, co jest nam potrzebne do zmiany.

W międzyczasie pojawiły się duże wyzwania, w tym ogromne problemy zdrowotne naszej córki. Przed nami także próba powrotu do przedszkola najmłodszego synka, którego układ odpornościowy jesienią nie podołał naporowi wirusów. Myślę, że te okoliczności będą wymagały ode mnie przeprojektowania wielu zamierzeń. Moja wyobraźnia podsuwa ciągle nowe pomysły i plany, natomiast mam głęboką potrzebę opierania naszych planów na realiach: na tym, co domaga się zaopiekowania w pierwszej kolejności, a bez czego dalsza podróż przez życie byłaby jak wyprawa rowerem z urwanym łańcuchem. W związku z tym daję sobie prawo do tego, by w tym roku mój styczeń trwał jeszcze w lutym. 🙂

W ramach aktualności – podrzucam linka do artykułu o klapsach [KLIK], który napisałam klika dni temu (komentarze, jakie się na mnie wylały, napełniły mnie smutkiem i niezgodą), i kilka zdjęć z ostatniego zjazdu nie-użytkownikom Facebooka. 🙂

Miejcie dobry weekend

M

Foto: Kinga

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *