Dni Gorszej Formy i te W Których Nic Nie Wyszło

Pamiętam,  że na kilka dni przed dojściem do głosu wszystkich symptomów choroby, pisałam w lutym na blogu o tym, dlaczego nie warto robić sobie kolejnej kawy, gdy człowieka ścina z nóg [KLIK]. Dziś już wiem, że to “ścinanie z nóg” miało swój powód w sytuacji mojego organizmu i wszystko układa się w logiczną całość.

Według lekarzy mój powrót do zdrowia, o ile nic się nie pogorszy, zajmie do kilku lat. Co oznacza, że sytuacja ograniczonych sił też będzie mi towarzyszyć jeszcze długo. Tak, nadal ścina mnie z nóg. Mam wrażenie, że moje ciało nie współpracuje z tą ilością pomysłów, pragnień i planów (ale przecież i przede wszystkim wyzwań codzienności naszej rodziny), które przeżywam. Czasem wydaje się, jakbym żyła z moim ciałem jak z niewygodnym sąsiadem. Wtedy zapraszam je na krzesełko na tarasie i słucham, co ważnego chce mi powiedzieć.

Jestem bombardowana ostatnio korespondencją automatyczną od znanej milionom Polaków trenerki rozwoju – na temat tego, jak robić więcej. Szczerze mówiąc, nie umiem tego czytać, tak bardzo jest to dla mnie sprzeczne z filozofią życia zakorzenioną bardziej w więziach, niż w efektywności. Uświadamiam sobie jednak, że część ludzi potrzebuje zachęty do działania. Zdecydowanie jestem na biegunie, na którym poszukuje się sensu działania i dystansu do niego – bo myślę, tak praca w korporacji, jak własny biznes czy sprzątanie lub gotowanie może zabrać coś ważnego. Mi może zabrać chwile, kiedy słyszę samą siebie (i na przykład moje ciało, które mówi: “chodź posiedzieć na słońcu!”) i bliskich ludzi wokół mnie. Dlatego że “efektywność w działaniu” nie ma pomysłu na to, jak być z kimś, kto jest smutny albo jak turlać się po kocu z dzieckiem, czując się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

Zresztą nie tylko to. Żeby znosić siebie słabą, żeby przyjąć Dzień Gorszej Formy oraz Dzień W Którym Nic Mi Nie Wyszło – trzeba mieć poukładane coś ważnego. Ów zestaw prywatnych, osobistych zasad, które albo nam służą i pomnażają w nas życie, albo nas ukatrupiają. Mogę być dla siebie samej bratnią, życzliwą duszą, albo katem i egzekutorem. Lepiej, jeśli umiem zrozumieć siebie, odpuścić, poszukać oparcia – niż jeśli prę do przodu za wszelką cenę, bo moja zasada numer #3 mówi, że “trzeba dawać radę”. Lepiej, jeśli zawinę się w koc i poczytam kryminał, który nie ma żadnej wartości edukacyjnej i użytecznej – niż jeśli wezmę na siebie kolejne zobowiązanie. Na ogół zresztą to, jakie jest moje odniesienie do siebie, przekłada się na to, jaka jestem dla innych. Jeśli wyciskam siebie jak cytrynę, inni też muszą zawsze. Dawać radę.

Zostaję z moim namysłem, jak dopasować ilość spraw do tego, co mówi mi ciało. A w międzyczasie, zapraszam cię, jeśli jesteś żoną i mamą, na kolejną edycję warsztatów “ZŁAP ŻYCIE” (informacje i zapisy TU [KLIK]). Tym razem to edycja bezpłatna, współfinansowana przez Gminę Wrocław i Fundację Evangelium Vitae. Może to dla Ciebie? Miejsca znikają jak szalone. Ja już się cieszę na te wspólne z Wami poszukiwania żywych części siebie. 🙂

M

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *