Dwa zdjęcia

Nasza córka zrobiła nam ostatnio dwa zdjęcia (są pod tekstem). Zobaczyłam je dopiero na karcie pamięci aparatu. Na pierwszym idziemy z Andrzejem, trzymając się za ręce. Trochę pochyleni, więc wcale nie tacy pod wrażeniem własnych sukcesów. Raczej doświadczający ciężaru rozmaitych spraw. Raczej wyglądamy jak ludzie, którzy trochę już pożyli. Wiele nas zbudowało, ale część spraw, które nas spotkały, każdego z nas jakoś nadłamała.

Jednak trzymamy się za ręce. Jakbyśmy wiedzieli, że razem może być łatwiej. Jakby ten gest znaczył także to, że i w historii naszej relacji, mimo wszelkich konfliktów i obszarów nie-porozumienia, pozostaje takie miejsce, które się nie urwie, nie zniknie. I zawsze możemy z tego miejsca zaczynać od nowa. Ta myśl towarzyszy mi już od wielu lat. Że nasza relacja jest ciągle rozwojowa, ciągle ma jeszcze wszystko przed sobą.

Przed nami widać bramę. Bramę szczególną, bo prowadzi na cmentarz w rodzinnych stronach męża. Tam pochowani zostali jego dziadkowie, tam spoczywają już także osoby, które w tych przepięknych stronach poznałam i ja. Ich groby opowiadają historię o tym, jak kruche jest życie i jak bardzo okoliczności jego końca mogą nas smutno zaskakiwać. Jak bardzo nie da się ich przewidzieć.

Pomyślałam jednak, że to nie do końca tak. Prawda, że to zdjęcie przypomina mi, że jesteśmy w drodze, której czas jest ograniczony. Wobec myśli o kresie życia, o wiele spraw nie warto kruszyć kopii, bo kto o tym będzie pamiętał za trzydzieści lat. Ale jednak perspektywa, której na zdjęciu nie widać, to Niebo. Tam jest nasz dom. I stamtąd też przychodzi co dzień realna pomoc w zrozumieniu siebie nawzajem i wychodzeniu z naszych osobistych ograniczeń. Ze zranień i rzeczy, z którymi nie potrafimy sobie sami poradzić. Ale też z przyciasnych ubranek świętej racji, która niszczy wrażliwość na drugiego człowieka.

I jeszcze to drugie zdjęcie. Tam za nami idzie nasz najmłodszy synek. Jakby mówił, że z tej naszej więzi – z tego, na ile uda się nam zbudować coś razem – weźmie sobie coś dla swojego życia. Albo pokój i bezpieczeństwo, albo wichry wojny. I pomyślałam, że te codzienne nasze osobiste zmagania z samymi sobą, żeby dzisiaj zrobić coś inaczej niż wczoraj, mają wielkie znaczenie. Większe niż cokolwiek innego.

Na Aletei rozpoczynam cykl trzech tekstów o tym, jak w małżeństwie można zrobić coś inaczej. Pierwszy można przeczytać TU [KLIK]. Dobrej lektury, a jeśli chcecie się czymś podzielić w komentarzu, zapraszam. Mój introwertyzm bardzo lubi dialog z drugim człowiekiem, choć nieraz się go obawia. 🙂

M

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *