Jak siebie samego

Mam taką cerę, że od wieku nastoletniego ciągle się coś z nią dzieje. Złożyłam wizyty wielu dermatologom, wypróbowałam wiele mazideł, aż z dziesięć lat temu dałam sobie spokój. Zakrywam fluidem i pudrem sypkim. Gdy nie mam makijażu, ludzie się mnie pytają, co mi się stało i czy nie potrzebuję pomocy.

Ostatnio, po tych wszystkich latach, znalazłam krem, który przyniósł ulgę. Dobrego producenta, ale dostępny także w sieciówce znanej wszystkim Polakom. Wybrałam się po niego w piątek. W dresie z plamą na kolanie i bez makijażu, bo dzień gospodarczy. I wytrzymałam ze sobą i z tą biedną cerą w kolejce przez pół sklepu.

I myślę, że to jakiś postęp. Uczyć się kochać te kawałki siebie, które bolą. Które trudno pokazać. Które sprawiają, że czujemy się kimś nie takim, jak trzeba. Kogo trzeba schować. Zakryć. Zasłonić. Za które wydaje się, że trzeba przerosić cały świat i oddychać tylko troszeczkę, bo więcej powietrza się nie należy.

I wierzę, że dopiero przyjmowanie tych kawałków siebie i bycie ze sobą w bólu nad nimi może coś zmieniać w naszych relacjach ze światem. Bo gdy czujemy się kochani, możemy dzielić się tym nadmiarem. I kochać też tych trudnych i tych, co nie mają miłości do ofiarowania.

Nie uważam, że da się tą miłość wygenerować samemu. Potrzeba najpierw jej gdzieś doświadczyć. We wspólnocie i bliskości z kimś drugim. Z ludźmi, który przyjmują nas i nie boją się tych trudnych kawałków. Z Bogiem, który zna je wszystkie i nigdy nie odrzuca.

Gdy one są otulone, możemy przechodzić powoli z trybu chronienia siebie przed kolejnym zranieniem – do obdarzania innych ciepłem.

Gdy to ciepło wcześniej zaczęło sklejać zranione, złamane i potrzebujące części nas samych.

m

#bliskosiebie #bliskodrugiego

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *