Pochłaniacze energii i cierpienie

Odbicie w lustrze pokazuje mi ostatnio twarz umęczoną historią, która nie miała się zdarzyć. Niewiele pomaga archeologia. Owo “dlaczego?”, pozostające bez odpowiedzi, cofa mnie o miesiąc, o kwartał, o sześć lat, o życie. Tak trudne wydarzenia stały się moim udziałem, że pozostaję jakoś ogłuszona. Zawieszona gdzieś między otwarciem ust a wydobyciem się z nich dźwięku, bo nie wiadomo, jakiego użyć słowa.

Tak sprawna stałam się na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy w namierzaniu pochłaniaczy energii. Nieważne i niepilne, nieważne i pilne, a nawet same ważne i pilne, nad którymi można postawić znak zapytania, czy na pewno. Przekonania i oczekiwania innych, których nie muszę spełniać, jeśli moje własne wartości podpowiadają co innego. Wielkim złudzeniem okazało się także moje myślenie, że mam wpływ na decyzje i myślenie innych ludzi. Jak głośno wtedy odetchnęłam. Jak bardzo poszłam do przodu. Znalazłam w końcu przestrzeń sensownego wysiłku, najpierw maleńką i niepozorną, która z czasem zaczęła się do mnie uśmiechać hektarami otwartego outbacku.

Został jeszcze jeden pochłaniacz energii – oczekiwanie od siebie, że będę w obecnym czasie świetnie funkcjonować. I podejmowanie zrywów, które to udowadniają. Pokazywanie, jak bardzo daję radę, gdy nie daję. Zachowanie tej fasady odcina mnie od pomocy, jakiej mogę udzielić sobie sama i jaka może przyjść od bliskich mi ludzi.

I nie, nie chodzi mi o obchodzenie się ze sobą jak z jajkiem – choć nie, nie cierpię tego sformułowania, bo ono jakby zakłada, że nie mamy prawa do kruchości i jedynie żelazobeton daje paszport do funkcjonowania w świecie. Może czasem właśnie trzeba w końcu obejść się ze sobą jak jajkiem. Ale chodzi mi raczej o obniżenie poprzeczki, która wymaga od człowieka pełnej wydolności NRD-owskiej pływaczki w każdym momencie życia. To te głosy, które mówią, że trzeba przyjąć, że “nic się nie stało” i iść do przodu. Tylko jak wiele siły trzeba by włożyć w mięśnie, żeby ruszyć – bo przecież wszystko we mnie wie, że się stało. I to dużo. Wielką sztuką i to bardzo nieteatralną jest umieć przeżywać trudne chwile. Pozwalać im być, z całą ich biedą, ale nie pozwolić się im całkiem zniszczyć.

Na ścieżce cierpienia nieocenione są momenty. Okruchy. Ptaki, co przylatują za oknem i siadają na trwaniku. Synek, który woła “mamo, mamo”. Mąż, który siedząc obok mnie na kanapie, mówi, przytul się do mnie. Ludzie, którzy dają sygnał: “możesz na mnie liczyć. W tym i w tym mogę ci pomóc.” To jakby podczas wielkiego sztormu – poprawiona we własnej łupince poduszka i ciepły koc. Sztorm trwa, ale jest jakby bezpieczniej, mimo że nie do końca wiadomo, gdzie podział się ląd.

 

2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *