Ćma i jej dalsze losy

Znalazłam przez przypadek swój tekst sprzed kilku lat. O ćmie. O tym, jak jechaliśmy autobusem pełnym innych zaprzyjaźnionych rodzin na długi weekend do Wisełki na wyspie Wolin. Z Wrocławia to kawał. Gdy dzieci już posnęły, zaczęło się we mnie smutne podsumowanie. Brzmiało ono mniej więcej tak, że w swoim zaufaniu do ludzi – kompletnie nie umiem chronić siebie. Jak ćma, która leci zwiedziona instyntkem. I doświadczenia, jakie się przeze mnie przetoczyły, były właśnie takie, jak popalenie sobie skrzydeł, gdy światło i ciepło okazało się być nieobliczalnym pożarem.

Podróż trwała całą noc i moja modlitwa wyglądała właśnie tak – była słowem wyrywającego się z głębin żalu i bólu, że źle obliczyłam, pomyliłam się, jak ćma. W projektach, w które się angażowałam na rzecz innych, nie liczyło się, co ze mną będzie – pragnęłam chronić wszystkich. Nad ranem, gdy dotarliśmy na miejsce, weszłam do kaplicy. I zobaczyłam ćmę. Przy samym tabernakulum. Jakby mówił, że wszystko słyszał i widział. I że się nią zajmie. Że przy Nim ćmy zdrowieją.

Minęło znowu kilka lat. Można powiedzieć, że w tej historii ćma nie przestała nią być z dnia na dzień i rany z poparzeń będą się goić bardzo długo. Zauważyłam jednak, że droga, jaką przeszłam – obiecanego zdrowienia i ochrony – nie polegała na wsadzeniu ćmy do słoika, by nie zrobiła sobie więcej krzywdy. Bóg naprawdę nas nigdy nie ubezwłasnowalnia, ale zmiana dokonuje się i za naszą wiedzą, i z naszym zaangażowaniem.

Jedna z największych lekcji życiowych, jakie były moim udziałem, to odkrycie, że każdy z nas ma narzędzie skutecznego dialogu ze światem: słowo “nie”. Czasami, gdy nie dociera w prostocie swej wymowy, a nasze granice nadal są tratowane, może przybrać bardziej wyraziste środki ekspresji. I nawet, jeśli oznacza to stratę – emocjonalnego komfortu, czyjegoś zadowolenia, ludzi, miejsc i projektów – nie tylko można, ale trzeba go używać dla ochrony własnej godności, przestrzeni bezpieczeństwa własnej rodziny, niezawisłości decyzji i prawa do określania kolejności priorytetów. I nic do tego ludziom, którym się wydaje, że mają prawo wskazywać nam je palcem zgodnie ze swoim własnym pomysłem na życie.

Trzeba dobrze rozpoznać światło, do kórego kieruje instynkt. Długo w swoim życiu nie rozumiałam, że przez cały ten czas było na dnie mojego serca. Ciche, obecne, ukryte w moich własnych granicach, gdy intuicyjnie wiadomo, co jest ok, a co przyjąć już trudno. I im trudniej przyjąć i pójść na kolejne ustępstwo, tym bardziej powinna świecić się w głowie lapmka, że to nie ten kierunek.

Bóg nie narusza granic. Mamy do nich prawo. Pokazywanie ich światu nie wymaga wiele hałasu, jedynie zwięzłej stanowczości i konsekwencji. Potrzebne jest do tego przekonanie, że ja także, podobnie jak ludzie, z którymi jestem w relacjach – zasługuję na szacunek i miłość.

Małgorzata Rybak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *