Kres i początek

O tym też jest Wielkanoc. Tam, gdzie kończą się twoje możliwości, zaczynają się Jego.

Te krańce możliwości są ogromnie ważne. Zarówno te, które z nami współpracują, jak i te, których doświadczamy jako ściany, piwnicy bez wyjścia, pokoju bez okna.

Sprzyjają nam te kresy naszych możliwości, które mówią o tym, co mogę, a czego już nie. Ile unieść, zrobić, zaplanować. Och, jak bardzo nasza kultura skupia się na tym, żeby dało się więcej! Bardziej. „Możesz dłużej”. „Możesz bez bólu” (tylko weź tabletkę, która ci go wyłączy). Możesz wycisnąć siebie jak cytrynę. Efektywność i uśmierzanie, które tak wiele w życiu odbierają. Jak ogromnie sprzyjają nam sygnały z ciała i serca, że już dość! Bez nich człowiek mógłby jak chomik gonić wieczne jutro w kołowrotku i ciągle się nie wyrabiać.

Błogosławiony kres, w którym poznaję, że jestem kimś ograniczonym – że potrzebuję snu, spaceru, przytulenia, ulubionej muzyki, dobrego słowa, przerwy, szacunku, traktowania na poważnie. Kiedy moje radary wyłapują te granice, w których widzę, co służy życiu, a co już nie – mogę Go spotkać przyjmującego mnie nie w tym, jak „nadludzko doskonale mogłoby być”, ale w tym, jak jest.

Błogosławiony kres mojego wpływu – gdy doświadczam, że drugi człowiek ma swój własny, odrębny świat i zaciekawiam się nim, w poczuciu bezpieczeństwa, że mój własny nie jest zagrożony. Tak, wtedy czterolatek, który ci mówi „już nigdy nie będę cię kochać!” – po prostu komunikuje ci tak, jak umie, że się zezłościł i potrzebuje twojej pomocy, by sobie z tą złością poradzić, a nie, że „czarna niewdzięczność” albo że w rankingu matek masz ostatnie miejsce.

I wreszcie – ten najtrudniejszy kres: twoja ściana płaczu. Twój ciężar nie do uniesienia. Twoja samotność nie do przekazania. Twój wstyd i upokorzenie nie do odkrycia. Twoja wina powszednia, odgrywana jak w teatrze ciągle z tymi samymi kwestiami, mimo że wiesz, że to nie tak. Twoja sytuacja bez widoku na jutro, pojutrze ani za dziesięć lat. I On, zmartwychwstały, który wszędzie tam już był. Tak jak wtedy, gdy w domu Kajfasza uwięziono Go w ciemnicy, w dole kloacznym bez promyka żadnej gwiazdy. Był tam wszędzie, a teraz schodzi po Ciebie i wynosi cię na rękach, by Twój kres nie był końcem. I będzie Cię przenosił przez każdy kres, po moment, gdy wszystko stanie się światłem.

M

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *