5 października odesłałam do mojego wydawcy manuskrypt książki. Jakie to uczucie?
Najpierw niebywała pusta przestrzeń. Jakaż zapanowała we mnie cisza. Znalazłam się na polanie bezsłowia.
Jeszcze nie wiedziałam, że była to polana wyczerpania. Że po tak ogromnym wysiłku maratończycy padają za linią mety i nie wiedzą, co się z nimi dzieje.
Pisanie książki ma coś wspólnego z rodzeniem. Z jednej strony nigdy nie jest się gotowym na ten moment, z drugiej – musi do niego dojść. Żeby dać życie, które może samodzielnie istnieć, potrzeba je z siebie „wydać”.
Wydać na świat.
Wydać nakładem.
Po urodzeniu swoich dzieci również czułam, że przestrzeń we mnie jest pusta. Jednocześnie to rozstanie dawało nam szansę zaistnieć wobec siebie inaczej.
Kiedy numerowałam na finiszu rozdziały i zamiast „12” wpisałam „112”, uznałam, że już czas stawiać tylko kropki. Że już czas. Poprawkom i dopiskom przecież mogłoby nie być końca. 112 to cyfra jak numer alarmowy, gdy już trzeba ratować człowieka przed wycieńczeniem. 🙂
Tekst przechodzi korektę i wróci do mnie do akceptacji poprawek. Jeszcze będzie czas, by coś uzupełnić.
Jestem ciekawa, jak Wam się ta książka spodoba.
Wracająca już do siebie i do Was z lasu pełnego słów i polany ciszy
Małgosia
