Złość na siebie

Jak ona potrafi się kamuflować. Ile trudu nieraz potrzeba by rozpoznać, że to właśnie ona.

Przychodzi czasem jako niedorzeczne poczucie winy. Jako nieznośne napięcie, że robiąc rzecz A, nie robi się B. W poirytowaniu, że szklanka upadła, a mleko się rozlało po kuchennym blacie.

Puka do drzwi wcale nie delikatnie, zasypując gradem „czy ty zawsze…”, „ty nigdy…”, „jak wszyscy”.

W kapeluszu uszytym z myśli, co na pewno ktoś o mnie pomyślał. Jak bardzo się zawiódł albo wkurzył. Zbliża się w poprzecieranym płaszczyku niezgody na błędy. Z pachnącym naftaliną szaliczkiem nagany i kary. Z poważną miną, zabraniającą zabawy. Z drżącą nieufnością, że okaże się zaraz, że na mnie to nie można liczyć.

Chowa do szafki na klucz ciastka z lukrem, chwile przerwy, dobre słowa, migoczące życiem przyjemności. Zamyka w szufladzie kolory – wszystkie odcienie łagodności dla siebie. „Widzę, że ci zależy na…”, „widzę, że jest ci trudno…”, „możesz nie umieć”, „ma prawo cię boleć”, „możesz mieć pytania”.

A do sejfu z najgrubszymi drzwiami chowa to ostatnie zdanie: „Zasługujesz na miłość”. I już wtedy wiesz, że nie. I nie zasłużysz nigdy.

A tymczasem tylko ona, miłość, może tą złość na siebie rozpuścić. Dostrzec, skąd przyszła i dlaczego taka wielka. Posadzić ją przy fotelu przy kominku, dać jej kubek kakao, patrzeć, jak topnieją jej ostre rysy twarzy. I wtedy można uczyć się mówić: „Potrzebuję kochać i przyjmować siebie wytrwale, jak dziecko, które dopiero uczy się chodzić”.

m
#bliskosiebie #bliskodrugiego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *