Miłość, która rozpuszcza wstyd

Miłość, która rozpuszcza wstyd

Ogromnie porusza mnie w Wielki Czwartek gest umycia nóg.

Gdy myślę o geście – obmywania – przychodzą mi na myśl obrazy pełnego delikatności kąpania noworodka.

Obmywania twarzy umorusanej jedzeniem dwulatkowi.

Pomagania w myciu ubłoconych rączek trzylatkowi.

Myślę o przemywaniu skaleczeń.

O pochylaniu się nad kimś obłożnie chorym, kto sam siebie nie umyje i ten gest – obmycia – potwierdza jego godność, dotyka potrzeby bycia czystym i zadbanym przy jednoczesnej niezdolności do zatroszczenia się o to samemu.

Ile potrzeba przełamać wstydu, by na taki gest komuś pozwolić. By bezbronność i zawstydzenie jednego mogły się spotkać z czułością drugiego.

Wierzę, że On pragnie obmywać znacznie więcej.

Schyla się do ran, które ciągle się nie mogą zagoić.

Do rzeczy, których absolutnie sami nie umiemy i ciągle nie jesteśmy w stanie się nauczyć. Do kurzu zmęczenia sobą.

Do serca zasklepionego w samotności jak w zaschniętej lepiance z błota, by już nigdy nikt i nic go ponownie nie zraniło.

Obmywa twarz słoną od łez. Obmywa oczy, które nie widzą nadziei.

Obmywa miejsca w nas tak okaleczone, że niemal umarły.

Na coś takiego można pozwolić tylko Komuś, o kim wiemy, że nie skrzywdzi, nie wykorzysta naszej słabości, nie użyje wiedzy o naszej biedzie przeciwko nam.

Tylko Komuś, kto kocha bez warunków wstępnych i bez oceny. I kto wie, że bez tego leczącego obmycia naprawdę nie poradzimy sobie – żadną ilością postanowień, ćwiczeń i złości na siebie.

Bądźcie dobrzy dla siebie

Małgosia

Tekst napisałam w 2019 roku