Neurocepcja bezpieczeństwa

Neurocepcja bezpieczeństwa

Po dwóch latach zakwitł mój drugi oleander. Na waniliowo, brzoskwiniowo, po swojemu. Cudnie.

Przypomina mi o zeszłorocznych wakacjach nad Morzem Śródziemnym, w maleńkim, średniowiecznym miasteczku we Włoszech, o którym milczą wielkie przewodniki. Zbudowano je na wzgórzu nad morzem, by chronić się przed piratami i saracenami.

W tamtej okolicy, podobnie jak w wielu ciepłych rejonach, od Maroka po Portugalię i Chiny, oleandry rosną jak u nas żywopłoty.

Nie zmienia się moje zdanie na temat tego, jak bardzo potrzebujemy urlopów, zachwytów, olśnień. „Błysków” Deb Dany, czyli szczęściochwil, które zasilają nasze układy nerwowe.

Otaczam się pamiątkami z wyjazdów, bo razem z nimi przychodzi emocjonalne wspomnienie dobrostanu. I świadomość, że dobre chwile dają życiu smak.

Może być tak, że nasza neurocepcja, czyli mimowolny, nieświadomy mechanizm, który ostrzega nas przed zagrożeniami – myli się i trzyma nas w napięciu, gdy wszystko jest ok. I nikt nie nastaje na nasze życie.

Dlatego potrzebujemy też skanerów szczęścia.

Do życia potrzebna nam jak tlen neurocepcja bezpieczeństwa – zauważanie, co działa, co jest piękne i jak ktoś drugi dobrze nas potraktował.

Jakie smaczne są truskawki i jak udało się nam załatwić trudną sprawę.

Jak wiatr głaszcze liście, choć są miejsca, gdzie niebo przecinają drony.

Jaką ładną na sobie mamy sukienkę, jak przyjaźnie ktoś na nas spojrzał, jak zjawiskowo kwitną oleandry.

Do naszych wewnętrznych piwnic, do naszych schronów, dla tych części nas, które nie czują się bezpiecznie, potrzebujemy zanosić pocztówki o świecie, który jest taki, ale również TAKI. Zabierać je na powierzchnię na hamak, kołysać, huśtać.

Żeby w końcu przestały się bać.

Bądźcie dobrzy dla siebie

Małgosia